|
Z pamiętnika podróżnika
Indie
maj - czerwiec 2008
2008.08.29
Lądujemy na lotnisku w Delhi, pilot informuje nas, że temperatura powietrza wynosi 33 stopnie. O północy. Mocno klimatyzowanym autobusem zwożą nas z płyty lotniska po odbiór bagażu, w liczbie o jeden mniejszej niż przy wylocie. Kilka dyskusji z obsługą lotniska i wypełnionych druczków później jesteśmy witani kwiatami, indyjskimi przysmakami i ogromnym baldachimem z napisem „Witamy w Indiach stomatologów z Polski” przez Jahangira (przewodnika) wraz z jego świtą. Chwilę później siedzimy w autokarze, gdzie zostaje nam przedstawiona cała załoga: kierowca, asystent kierowcy (wszyscy są zbyt śpiący i zmęczeni, żeby zastanawiać się nad sensownością takiej posady), kamerzysta i polej-boye (panowie, których zadaniem jest ciągłe polewanie drinków w czasie jazdy). Ruszamy w kierunku hotelu i kilka przespanych godzin później jesteśmy witani w pałacu. Bo trudno inaczej nazwać ten hotel. Idziemy na śniadanie, wracamy do pokoi na drzemkę, a po południu ruszamy na przejażdżkę rikszami po ulicach Mathury, spływ świętą rzeką Yamun i zwiedzenie świątyni Kriszny. A po powrocie i kolacji rozpoczyna się integracja nad basenem…
2008.08.30
Przed śniadaniem ruszamy do pobliskiej Agry, żeby obejrzeć Taj Mahal. Budynek jest spektakularny, na wszystkich wywiera ogromne wrażenie. Jeszcze ciekawsza wydaje się stojąca za nim miłosna historia, zwłaszcza w wydaniu gawędziarza-Jahangira. Po śniadaniu i odpoczynku przy basenie (a raczej W BASENIE, ponieważ temperatura pędzi wszystkich do wody), wyruszamy na zwiedzanie Czerwonego Fortu oraz dwóch manufaktur: rękodzieł z marmuru i dywanów z jedwabiu. Po dokonaniu sporych zakupów (w tym miejscu warto zaznaczyć, że 70% grupy to kobiety) wracamy do hotelu na kolację i – uwaga – integrację nad basenem.
2008.09.01
Wyruszamy z Agry do Jaipuru, przejeżdżając po drodze przez opuszczone miasto Fathepur Sikri. Instytucja asystenta kierowcy wyjaśnia się sama, podobnie jak fraza „wymijanie na białko” (czyli skręcanie spod kół pędzącego prosto na nas innego pojazdu dopiero w momencie, gdy kierowcy widzą swoje białka oczne). Na ulicach panuje Sodoma i Gomora: autokary, wypchane po brzegi ciężarówki, wypełnione ludźmi po dach (a nawet załadowane na dachu) autobusy, riksze, słonie, wielbłądy, osły, dzieci, psy, tuk-tuki, samochody, skutery (na których siedzą nieraz 4 osoby), motocykle, bryczki zaprzężone w konie to tylko niektórzy uczestnicy ruchu drogowego. Przekonujemy się też, że najważniejszą częścią jakiegokolwiek pojazdu jest klakson: to bez niego na indyjskich ulicach ani rusz. Wieczorem dojeżdżamy do hotelu w Jaipur na kolację i… integrację nad basenem.
2008.09.02
Zwiedzamy Różowe Miasto oraz kompleks pałacowy, gdzie mieszka obecny Maharadża Jaipuru. Następnie spędzamy czasu (znacznie więcej niż planowano, jednak z uwagi na podział płciowy grupy, trudno się dziwić) w sklepie z tkaninami i strojami indyjskimi, gdzie panowie są przyodziewani w turbany, kobiety w szale i sari, drinki i indyjskie smakołyki są serwowane i wszyscy momentalnie zapominają o zmęczeniu. I oszczędzaniu. Przed kolacją udajemy się jeszcze do hinduskiej świątyni i bierzemy udział w krótkim nabożeństwie, a po kolacji… cóż, integracja nad basenem.
2008.09.03
Rano przed hotelem czekają na nas nietypowe taksówki: wszystkie są przyodziane kolorowo, wymagają drabiny do wejścia i mają zadarte trąby. Bo tak – dziś zaczynamy dzień od przejażdżki na królewskich słoniach. Następnie bardziej konwencjonalnymi środkami transportu – to jest za pomocą jeepów – wjeżdżamy na trudno dostępne wzgórze do fortu Amber, skąd rozpościera się malowniczy widok na całą okolicę. Po powrocie i spakowaniu walizek przenosimy się do Kuchaman City, żeby zwiedzić kolejny fort. I tym razem również w nim zamieszkać. Po przejściu nieskończonej liczby komnat, krużganków, zakamarków, korytarzyków i tarasów i wielokrotnym gubieniu się we własnym hotelu, jemy kolację w wyjątkowej scenerii. Integracja nad basenem zastąpiona integracją na licznych tarasach niesamowitego fortu.
2008.09.04
Z Kuchaman City wyruszamy do Bikaneru. Po drodze czekają nas mocne wrażenia zwiedzanie Świątyni Mata, którą od wieków zamieszkują setki świętych szczurów. Niektórzy drżą z przerażenia, inni z fascynacji, ale wszyscy są zgodni co do jednego: miejsce jest nietypowe i na pewno warte obejrzenia.
Późnym popołudniem wyruszamy na przygodę z wielbłądami: najpierw zwiedzanie jedynego w Azji Instytutu Naukowego ds. Badania Wielbłądów, a później przejażdżka na tych uroczych zwierzakach po pustyni Thar.
A po zakwaterowaniu w hotelu czeka na nas nietypowa niespodzianka: zaproszenie do domu rodziców Jahangira. Zostajemy przyjęci w bardzo ciepły sposób, serwowane są napoje i smakołyki, zwiedzamy wnętrze prawdziwego, indyjskiego domu i zostajemy obdarowani hinduskimi strojami. Przez cały następne dzień wszyscy zachodzą w głowę, jak odwdzięczyć się naszemu przewodnikowi i jego rodzinie.
2008.09.05
Rano zaczynamy od zwiedzania kolorowej świątyni Dżinijskiej. Jest to dość ciekawa religia, w której nie można zabijać żadnych zwierząt, więc kapłani chodzą boso lub nawet nago. Tych drugich niestety nie widzieliśmy.
Po przejażdżce bryczkami po ulicach Bikaneru i obejrzeniu Haveli (imponujących domostw kupieckich) zwiedzamy fort Junagargh. Następnie mamy czas wolny, który wykorzystujemy różne, np. pisząc pocztówki do Polski.
Wieczorem odbywa się wieczorek indyjski, na który stawiają się rodzice Jahangira oraz my – ubrani w stroje, które od nich dostaliśmy.
2008.09.06
Po śniadaniu wyruszamy do Sekhawati, po drodze odwiedzając nowo wybudowany kościół katolicki oraz dom siostry Jahangira (gdzie po ras ostatni widzimy się z rodziną Jahangira i dajemy im skromne kwiaty, jako symbol naszej wdzięczności). Na miejscu zwiedzamy niewielkie miasteczko Mandawa, zwane radżasthańską galerią pod gołym niebem. oczom naszym ukazuje się ciąg prześlicznych, choć niestety podupadłych kupieckich domostw, które niegdyś – jako punkt na szlaku jedwabnym - stanowiły ważny ośrodek handlowy. W trakcie zwiedzania zaskakuje nas ogromna burza: w strugach deszczu wracamy do hotelu, gdzie po kolacji – wciąż w strugach deszczu – integrujemy się w gorącej, basenowej wodzie, popijając drinki i odmawiając wyjścia na chłodne zewnątrz.
2008.09.07
Po przebudzeniu dostrzegamy, że po burzy nie ma ani śladu, więc pod prażącym słońcem i czystym niebem wylegujemy się w spektakularnej scenerii nad basenem. Po południu wyruszamy do rezerwatu Sariski, gdzie – po zapłaceniu małpom haraczu w postaci bananów na wjeździe – nocujemy w hotelu w samym sercu parku narodowego zamieszkiwanego przez tygrysy. Z powodu braku basenu integracja odbywa się w pokojach. A tygrysów niestety nie widać.
2008.09.08
Po ostatnim wspólnym śniadaniu wyruszamy do Delhi, zapętlając tym samym trasę naszej wycieczki. Tam czeka nas kilkugodzinne, dosyć intensywne zwiedzanie stolicy: oglądamy Radżpath (drogę królewską), bramę Indii, świątynię Sikhów (zaznajamiając się przy okazji z ich ciekawą religią) oraz największy meczet w Indiach. Po przejechaniu aleją ambasad i obejrzeniu z zewnątrz parlamentu, na kilka godzin zostaje nam udostępniony hotel, gdzie jemy kolację i możemy odświeżyć się przed podróżą. Koło dziesiątej wieczorem wyruszamy na lotnisko, po rzewnym pożegnaniu wsiadamy do samolotu i zmęczeni, pełni nostalgii ale usatysfakcjonowani, opuszczamy ziemię indyjską.

I jeszcze kilka ciekawostek…
- W Indiach nie istnieje instytucja egzaminów na prawo jazdy. Nie istnieją także szkoły jazdy ani słynne eLki. Każdy kto chce mieć prawo jazdy składa odpowiedni wniosek w odpowiednim urzędzie, odpowiada twierdząco na pytanie ‘czy potrafi jeździć’ i otrzymuje prawo jazdy. A wiek? Cytując Jahangira: ‘Noo.. osiemnaście. W sumie siedemnaście i pół. Czy coś koło tego’.
- Kolejna rzecz jaka w Indiach nie istnieje, to maksymalna ładowność środków transportu. Na skuter wsiadają cztery osoby, autobus nie tylko załadowany jest po dach, ale również cały dach zajęty jest przez ściśniętych ludzi. Ludzie wiszą przez okna (bo w środku nie ma miejsca), stoją na drabinach przyczepionych do tylnej części autobusu i czepiają się każdej możliwej wypustki, żeby jakoś uwiesić się na jadącym pojeździe.
- Nie istnieją również dowody osobiste. Ani rejestracja ludności. Ale w sumie po co komu rejestracja ludności? Dwieście milionów w tą czy tamtą nie robi przecież żadnej różnicy.
- Przy wjeździe do Parku Narodowego musieliśmy zapłacić rezydującym na granicy małpom haracz w postaci bananów. Inaczej nie ma zmiłuj, można pożegnać się z wizytą.
- Skoro już o małpach mowa, to istnieją w Indiach dwa gatunki: czarnodupne i czerwonodupne (naukowy podział słynnego biologa Jahangira). Te pierwsze są znacznie większe, tych drugich jest znacznie więcej, ale te drugie boją się tych pierwszych. Dlatego stworzono specjalne etaty w hotelach i urzędach państwowych dla małp czarnodupnych, które mają za zadanie walczyć z plagą małp czerwonodupnych i odstraszać je od buszowania w biurach, pokojach hotelowych i innych pomieszczeniach.
- Wiedza, że krowy w Indiach są święte, jest dosyć powszechna. Jak można było wywnioskować z relacji, święte bywają również szczury. Ale nie tylko zwierzęta są czczone… w historii zdarzały się przypadki, że jednorazowo setki ludzie ginęły za pewien gatunek drzewa. Otóż jest on uznawany za święty i ilekroć jakiś bezwzględny król z braku drewna nakazywał ścięcie owego drzewa, lokalni bronili go własnymi ciałami ginąc pod ostrzami toporów.
- Indyjskie potrawy – z powodu dwóch głównych religii tu panujących, hinduizmu i islamu – zazwyczaj pozbawione są mięsa. Dla kogoś, kto z natury jest raczej mięsożerny, z początku może się to wydawać problemem. Ale nic bardziej mylnego! To tylko my – jakby nie patrzeć, naród mięsożerny i mało zaawansowany w wegetariańskim aspekcie - mamy w głowie obraz kilku nędznych sałatek jako wegetariańskiego jedzenia. W Indiach natomiast istnieje cała, niesamowita i przeogromna różnorodność bezmięsnych potraw i przeżycie dwunastu dni bez mięsa okazuje się sprawą banalnie prostą. A wręcz pożądaną, ponieważ potrawy o szerokiej gamie smaków, styli i rodzajów są po prostu przepyszne.
- Kolejną dosyć powszechnie panującą religią Indii jest dżinizm. Którego kapłani, aby żyć w zgodzie naturą, całe życie spędzają nago. (I smutna wiadomość dla Panów: rzecz jasna kapłanami mogą być tylko mężczyźni).
- Dla Hindusa ślub jest sprawą niesamowicie istotną. Dlatego tym dziwniejsze może się wydawać to, w jaki sposób organizowane są wspólne śluby. W jednej ceremonii może brać udział nawet kilkaset par, a wesele, potrawy, goście, ozdoby i inne.. wszystko jest załatwiane charytatywnie i jest wspólne. Aż samoistnie nasuwa się pytanie… czy noc poślubna również?
- Hindusi z reguły nie myją zębów. Za całą higienę jamy ustnej wystarczają im liście drzewa Neem, które zawierają specjalne bakterie i które zawzięcie żują.
- Znak swastyki, tak skrajnie negatywnie odbierany w naszej części świata, na półwyspie Dekan jest symbolem dobrobytu, pomyślności i szczęścia. Dlatego też Hitler, zajechawszy przed swoimi podbojami do Indii, obrał go sobie jako swój własny, licząc, że moc swastyki pomoże mu w realizacji okrutnych planów. I tym samym zmieniając jego postrzeganie o 180 stopni w zachodnich umysłach.
- Przy tak ogromnej ilości obywateli, nie powinno dziwić, że w Indiach zdarzają się czasem problemy z prądem. I tak też jest: sprawą zupełnie normalną okazuje się fakt, że prąd sobie co jakiś czas wysiada. W pokoju, w hotelu, w kwartale miejskim, w muzeum.. i tylko miejscowi z pobłażliwym uśmiechem na ustach patrzą się na przejętych tym faktem turystów.
- Jak wiele spraw dotyczących ruchu drogowego, nie istnieje tu również instytucja trójkąta ostrzegawczego. W zamian natomiast, za rozbitym lub niesprawnym pojazdem rozkłada się masę kamieni, układając je w różne wzory kilkanaście metrów za rozkraczeńcem, które mają za zadania ostrzegać nadjeżdżające pojazdy.
- Hinduski koncern Tata (który obecnie przejął takie marki jak Jaguar, Land Rover czy Rolls Royce) planuje rozpoczęcie produkcji najtańszego samochodu świata. Samochodzik ów ma być dostępny już za około sześć tysięcy złotych i w szacunkach badaczy, ma być osiągalny cenowo dla siedemdziesięciu procent mieszkańców Indii. Ponad siedemset milionów samochodów na ulicach, czemu nie. A my narzekamy na korki w Warszawie.
- Sanskryt, literacki język starożytnych, średniowiecznych i wczesno nowożytnych Indii, na którym bazuje większość dialektów indyjskich i w którym wciąż prowadzone są niektóre ceremonie hinduizmu, okazuje się zawierać sporo słów podobnych do polskiego. Czy właściwie na odwrót: to w polskim występują słowa zaczerpnięte z sanskrytu i mimo znacznej odległości, język polski ma więcej wspólnego z sanskrytem niż z językami germańskimi. Do takich słów należą między innymi: ziemia, niebo, brat, dwa, trzy, sześć, sucho oraz kilka innych, które brzmią dokładnie lub prawie tak samo w obu językach.

Pobierz wszystkie oryginały zdjęć w formacie zip
|